Byłam dzisiaj na manifestacji. Hiszpańskiej manifestacji. Hiszpańskiej rewolucyjnej manifestacji. Szczerze powiedziawszy to jakoś nie specjalnie mnie tam ciągnęło. Pytam - no ale przeciw czemu dokładnie ta manifestacja? A no przeciw wszystkiemu, bo się tak źle żyje, bo kryzys. Dopytuję - no dobrze, ale kto to organizuje, jakieś postulaty, hasła, myśli przewodnie? A nie wiadomo, wszyscy idą to trzeba iść. No to jak trzeba to trzeba, nie ma zmiłuj. W końcu, zgodnie ze słowami jednego ze znajomych - muszę wreszcie zobaczyć na własne oczy ową hiszpańską rewolucję. Jakoś tak mi się wydawało, ze jak ludzie idą na jakiś protest, manifestację czy inne cudo, to robią to w jakimś konkretnym celu, żeby się czemuś konkretnemu sprzeciwić, coś zademonstrować. O, jakżem ja naiwna! To przecież Hiszpania. W kilkudziesięciotysięcznym tłumie może jakieś 10% faktycznie wiedziało po co tam jest, niosło jakieś transparenty, flagi, plakaty. A pozostałe 90%? A no stanęło sobie w słoneczku, postało godzinkę z minutami (nie mam pojęcia dlaczego, ale jakoś ludność nie ruszyła planowaną trasą), porozmawiało, spotkało znajomych, pośmiało się, poplotkowało, po czym skierowało się w stronę barów lub pakistańskich sklepów w celach konsumpcyjno-piwnych. I taka to była wielka hiszpańska rewolucja, która mogłaby się podsumować w żartobliwym, ale jednakże jak reprezentatywnym zachowaniu jednego z uczestników. Dialog:
(A) - To co, idziemy na piwo?
(B) - No ale w sumie nawet nie ruszyliśmy z miejsca.
(A) śmiejąc się wygraża pięścią w bliżej nieokreślonym kierunku krzycząc : Skur**syny!, odwraca się do towarzysza i rzecze: - Okej, możemy iść.
:)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz