wtorek, 20 grudnia 2011

Wielki com back

Tak, jak zwykle ze wszystkim co w życiu wymaga jako takiej regularności, moje blogowe wypociny zatrzymały się gdzieś w okolicach października. Nie powinno to dziwić nikogo, kto zna mnie choć trochę dłużej niż tydzień. Mimo, iż zazwyczaj potrafię się zmobilizować i tworzyć prace, zadania, eseje i inne niezbędne dla mojej przyszłości twory naukowowikipediowe, to do regularnego pisania niniejszego bloga jakoś się wziąć nie umiem. A powinnam. Podobno to pomaga w wyładowywaniu emocji, wywnętrzaniu uczuć, zabijaniu złych myśli i innych tego typu frojdowsko-psychologocznych hasłach. No może i tak jest. I może właśnie dlatego, że nie pisze regularnie bloga, jestem jaka jestem. Nie mi to oceniać.
Co się działo prze ten jednak dość długi okres czasu? Byłam w przepięknym, przeklimatycznym, przeromantycznym Paryżu, w którym (jakże to kiczowate i nieoryginalne) się zakochałam doszczętnie i całkowicie. Następnie spędziłam kolejny miesiąc w słonecznej Walencji, w której to w połowie grudnia dochodzi do 20 stopni i wiesza się lampki choinkowe na palmach i drzewkach pomarańczowych. W tak zwanym międzyczasie zmarnowałam kilka drogocennych godzin mego żywota na granie w simsy i HOMM6 (na te ostatnie mam niechlubny zamiar zmarnować jeszcze kilkadziesiąt godzin), nie ruszyłam nawet paznokciem małego palca u lewej ręki mojej szurnej pracy magisterskiej i nauczyłam się jak jest po rosyjsku kątomierz. A obecnie, po półrocznej nieobecności, przebywam w mojej kochanej Polsce, a dokładnie w mojej wsi, zajadając się polską kiełbasą i pijąc polskie piwo. Nigdy nie czułam się taka patriotką jak teraz. Chociaż ludzie biorą mnie za Hiszpankę, gdy rozmawiam z nimi na ulicy po hiszpańsku. Z przyzwyczajenia. Moim namber łan jest koleś, który wyraził cichą nadzieję, że nie zrozumiałam jego siarczystego "zajebiście". Wyprowadziłam go z błędu. I to było miłe. Lubię Polskę. Naprawdę. Za jej kiełbasy i szynki. Za jej piwo i wódkę. (choć brzmi to studencko-alkoholicznie to naprawdę, polska wódka jest dobra). Za jej zupy i przyprawy. Za zimę. Za jej rodzinne choinkowe Święta. Za ludzi narzekających. Ciesze się z powrotu i tak się zastanawiam czy byłabym w stanie opuścić moją matczyznę na zawsze. Hmm, mogłoby być to trudne.

poniedziałek, 10 października 2011

Je ne comprends pas

Oto i ostatnia notka przed wydarzeniem wiekopomnym - najeździe Czajki na kraj winem i żabami płynący. Tak, oto nadchodzi dzień, w którym stopa ma po raz pierwszy dotknie francuskiej, a nawet paryskiej ziemi, a biedni Francuzi, do tej pory spokojnie popijający sobie swoje château de jabol, zostaną zmuszeni do konwersacji ze mną w jakże doskonałym i profesjonalnym frenczu. Jednakowoż stan moich kompetencji lingwistycznych nie jest aż tak tragiczny, jak mogłoby się wydawać. Posiadam podstawowy asortyment słownictwa - nie rozumiem, nie wiem, wino, piwo, jestem głodna. No, i mogę jechać podbijać świat. Świadomość jakże bliskiego wyjazdu do jednego, jak mi się wydaje, z ładniejszych miast Europy, napawa mnie pozytywnym myśleniem i energią. Nawet, w przypływie optymizmu, napisałam 4 wypracowania na zajęcia z hiszpańskiego i nauczyłam się wreszcie rosyjskiego alfabetu. I już się tak nie wkurzam tym totalnym, zniewalającym z nóg bajzlem jaki panuje na tutejszej uczelni. Ani tym, że zostałam zmuszona do zmiany grupy i teraz mam nadgorliwego profesorka, który nie ma prywatnego życia i uwielbia sprawdzać stosy zadań domowych,a co gorsza, jest przekonany, że my również owego życia nie posiadamy, więc nie wyobraża sobie jakby nas mogło zabraknąć na zajęciach o 8 rano... Ani nawet tym, że uniwersytecki system informatyczny wyraźnie mnie nie lubi i co rusz wymyśla nowe sposoby na utrudnienie mi funkcjonowania i dokształcania się. Nie, jestem nastawiona pozytywnie i optymistycznie. Paryżu, przybywam!

 

wtorek, 27 września 2011

Piwo czy cerveza oto jest pytanie

Fajnie jest teraz w Hiszpanii. Największe upały poszły precz i teraz z temperaturą oscylującą w granicach 25 stopni, rześkim powietrzem, które pozwala już oddychać i przepięknym światłem, którego nie spotkałam nigdzie poza Walencją, całkiem przyjemnie się tu egzystuje. To był bardzo aktywny weekend, zwłaszcza dla mojej wątroby. W związku z nawiedzeniem mnie przez Malacza vel Marcina (który bardzo dzielnie stara się posługiwać hiszpańskim, w związku z czym uaktywnia się w jego mózgu dawno zapomniana zakładka "français", myślę, że nasza licealna nauczycielka francuskiego byłaby z niego dumna. a już na pewno nie spodziewałaby się, że cokolwiek z jej lekcji zapamiętaliśmy, a tu proszę,taki psikus), ostatnimi 4 nocami żaden bar się przed nami nie ukryć nie mógł. Tak więc promocje typu 3 quintos za 1 euro, jarra za 1 euro czy tercio plus tapa za 1,70 euro mam już obcykane w małym palcu u lewej nogi.
Tutaj przydałby się krótki kurs hiszpańskich miar piwnych, które są niejako zabawne dla Polaków, jakże przyzwyczajonych, że normalne piwo to piwo tylko i wyłącznie półlitrowe. Zresztą nie tylko zabawne. Warto przygotować się zawczasu na szok, który gotuje nam pójście do baru w kraju Cervantesa. Ja tak szok przeżyłam. Do dziś się z niego podnoszę.
W Hiszpanii, gdy poprosimy po prostu o piwo, nikt, o zgrozo, nie zrozumie, że chcemy, jak Bozia przykazał, piwo w kufelku. Dostaniemy takie malutkie cuś, czego w pierwszej chwili możemy w ogóle na ladze nie zauważyć. Lub też mimochodem wypić myśląc, że to jakiś gratis od klubu za opóźnienie w nalewaniu piwa właściwego. Niestety nie. To nasze piwo. 0,2 litra. Tak. Wiem. Boli.
No nic, kiedy już pogodzimy się z niesprawiedliwością, która nas spotkała, bierzemy naszą caliteleczkę i udajemy się do stolika. I tu kolejna niespodzianka - zanim dojdziemy już piwo wypiliśmy! No to wracamy do baru. Niestety, taki proceder może się powtórzyć kilka razy...
Hiszpanie twierdzą, iż te maciupeńkie buteleczki umożliwiają latem dłuższe utrzymanie niskiej temperatury tego piwopodobnego napoju, który tu sprzedają (dobra, przyznaję, Alhambra czarna jest bardzo dobra, ale inne piwa, hmm, do najpyśniejszejszych niestety nie należą). Mnie jednak to nie przekonuje. Co więcej te małe piwka są cholernie zdradliwe. Pije się jedno za drugim nie zdając sobie sprawy z ilości wlanych w siebie, bądź co bądź alkoholowych, płynów. Co może czasem zaowocować niemożnością udania się od stolika w stronę baru celem kupienia kolejnego. Jednak, jak zauważyła koleżanka, jest pewna duża zaleta. Można zaszpanować i bez problemu powiedzieć znajomym z Polski - wypiłam wczoraj 7 piw i czułam się całkiem spoko:)
No, ale wracając do miar samych - quinto to 1/5 litra czyli 200 ml w buteleczce, tercio 1/3 litra, czyli nasze małe piwo w butelce, caña to 1/5 litra, ale w szklance, a doble to w teorii 400 ml, ale najczęściej 1/3 litra w szklance również. Czasem, w odstępach hiszpańskich uliczek i knajp odnajdzie się jarra czyli nasze normalne, półlitrowe piwo, ale jest to niestety gatunek zagrożony wyginięciem i chyba, z tego co mi wiadomo, nieobjęty niestety ochroną, ani wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO....

Tak, moja dygresja jakoś niebezpiecznie się rozrosła, tak więc zakończę moje piwne wywody w tym miejscu. Pod moim oknem rozlega się obecnie tradycyjna walencka muzyka. Ciekawe, czy to mój ulubiony uliczny muzyk chodzący z ogromnym keyboardem, czy jakiś hiszpański macho bawi się w zimny łokieć. Tak. hiszpańskie zimne łokcie wcale nie muszą słuchać umcy umcy. Słuchają wszystkiego, od muzyki folkowej, poprzez Shakirę po ciężki metal :)

Na koniec jedno z nielicznych półlitrowych piw, które miałam okazję spożyć w tym pięknym kraju:

poniedziałek, 19 września 2011

Mimozami....

Tak, zaczął się w Walencji rok akademicki, zaczęłam więc uczęszczać na jakże zawrotną liczbę 2 zajęć. Znaczy 2 przedmiotów, więc w sumie to 4 zajęć tygodniowo. Dla tych, którym wyda się to zbyt niesprawiedliwe i zbyt piękne - nie ma w życiu niczego zbyt łatwego i pięknego, każde z tych 4 zajęć mam innego dnia tygodnia:) Ale tam, nie przejmuję się tym. Ani tym, że musiałam zapłacić za dossier do norma y uso correcto de español 17,06 euro, mimo, iż za pozycję zbliżonej grubości na kserze w Krakowie nie zapłaciłabym więcej niż 30 złotych. Nie przejmuję się już nawet tym, że rozchorowałam się wskutek przebywania zbyt wiele czasu w pomieszczeniach z aparaturą przystosowującą temperaturę otoczenia do oczekiwań osobników w owym pomieszczeniu się znajdujących i zakładającą, iż osobnicy owi to Eskimosi lub co najmniej Skandynawowie, wskutek czego od 3 dni kaszlę, psikam, zużywam rekordowe ilości trójwarstwowych chusteczek z mercadony, a obecnie, w obliczu kryzysu chusteczkowego, serwetek i papieru toaletowego (choć muszę szczerze przyznać, iż stan mojego zdrowia mógł nieznacznie się pogorszyć w wyniku spożywania niewielkich ilości zimnego napoju chmielowego o niskiej zawartości alkoholu). Postanowiłam dzisiaj zebrać się wreszcie w sobie i zrobić coś pożytecznego, co zaowocowało wypolerowaniem na błysk łazienki i kuchni i wysłuchaniem kilku rozdziałów "Polski Piastów" (jakoś nigdy nie doczytałam do końca), a następnie ulokowaniem się przed laptopem z gorącym postanowieniem pouczenia się français, gdyż wyjazd do Paris zbliża się niebezpiecznie, a moje umiejętności lingwistyczne nie wysunęły się zbytnio ponad "nie rozumiem" i "voulez-vous coucher avec moi"... Naukę postanowiłam rozpocząć od posłuchania jakichś francuskich piosenek, wszak proces przyswajania sobie wiedzy należy czynić maksymalnie miłym i przyjemnym. W efekcie umiem prawie na pamięć "Belle", którą od 2 godzin słucham na zmianę ze "Wspomnieniem" w przecudownym wykonaniu Turnaua... Hmm... może przetłumaczę "Wspomnienie" na francuski?


poniedziałek, 12 września 2011

Posjestowe bredzenie

Tak, po kilku (2? 3?, już sama się gubię) latach przerwy niniejszym powracam do pisania bloga. Znając moją zatrważającą wręcz regularność, od razu należy zaznaczyć, że "pisanie" to trochę zbyt wiele powiedziane, tak więc powracam do napisania od czasu do czasu jakiejś jakże interesującej i zwalającej z nóg notki. Jak wskazuje tytuł owych wypocin, dopiero co zwlekłam się z obowiązkowej siesty, a to pozwala słusznie domniemywać, iż obecnie ciałem i duszą przebywam w kraju ciemnookich Latynosów, krwawej corridy i pakistańskich imigrantów nielegalnie handlujących napojem pochodzenia chmielowego o raczej niskiej zawartości alkoholu, czyli, jednym słowem, w Hiszpanii. A co ja tu takiego robię? W sumie najodpowiedniejszą odpowiedzią na to pytanie byłoby owo uniwersalne słowo "nic", gdyż jako Erasmus za wiele robić nie zamierzam;) Choć prawdą jest, że ostatnimi czasy robię nawet dość trochę, gdyż zrywam się bladym świtem o 7.45, następnie aplikuję sobie dawkę kofeiny w postaci jakże ukochanej przeze mnie kawy, po czym rześka i pełna optymistycznych chęci udaję się na intensywny kurs języka walenckiego vel katalońskiego, czyli, dla niewtajemniczonych, drugiego języka urzędowego Comunidad Valenciana. Kurs katalońskiego jest bardzo sympatyczny, nauczyłam się na nim np., że istnieje coś takiego jak ryby żabnicowate, które to podobno nawet w Walencji się spożywa. Dzisiaj natomiast, w ramach zapewnianych przez kurs licznych atrakcji miejscowych, zwiedziłam najstarszy budynek Uniwersytetu w Walencji i dowiedziałam się, że został założony on w 1499 roku, a więc nasz Kraków wygrywa;) Ale tak właściwie, to wzięłam się za pisanie tej notki, gdyż poczułam potrzebę wyładowania swego żalu, gdyż uświadomiłam sobie, że już za 2 dni kończą mi się wakacje i zaczyna rok akademicki. Co prawda zawsze to lepiej spędzać rok akademicki w Walencji z palmami za oknem, niż po kolana w śniegu (choć z ręką na sercu przyznać muszę, iż tęskno mi za moim kochanym Krakowem), ale koniec wakacji zawsze nastraja mnie melancholijnie;) W każdym razie, kocham w Hiszpanii siestę. jak to milo spać 2 godziny po południu bez żadnego zdziwienia czy pretensji ze strony postronnych...