piątek, 12 października 2012
Takie tam biadolenie
Nie mam pomysła na konkretnego i ciekawego posta. Ale mam ochotę sobie coś opublikować, więc też to czynię. Zapewne ma na to wpływ pół butelki domowego wina, które właśnie obaliłam, przejrzenie 20 stron kwejka i brak nowego posta na blogu Kasi Tusk, który to regularnie poprawia mi humor swoim niewymuszonym entuzjazmem, prostotą i teoriami jakoby studenci jadali na śniadanie tosty z pleśniowym serem i szynką parmeńską. Swoją drogą jeśli panna premierówna naprawdę w to wierzy to zapewne jest szczęśliwą osobą. I dobrze. Ktoś na tym świecie szczęśliwym być musi. Niechaj to będzie Kasieńka ze swoimi must have i fotkami latte. Ja chwilowo cierpię na jesienną depresję, a raczej chandrę spowodowaną świadomością, że w Walencji jest 30 stopni, a ja chodzę w zimowym płaszczu, nie mam pracy i czeka mnie obrona magisterki, która nie ma ni sensu ni składu. No cóż, owoce mojego rocznego lenistwa dają o sobie znać. Pociesza mnie myśl, że przynajmniej mam gdzie mieszkać do końca roku. No, to sobie powylewałam smuty obudzone winiaczem. Ale w sumie jest dobrze, mieszkanie w centrum kazimierza mnie podnosi na duchu. Życie od razu wydaje się prostsze i ciekawsze. Tylko drink teamu brakuje:)
niedziela, 15 kwietnia 2012
Wakacje, wakacje i po zabawie.
Piękna kwietniowa niedziela, słońce, 20 stopni (tak, w Walencji, wiem, że w ojczyźnie tak różowo nie jest), a ja cały dzień leżę lub siedzę jęcząc, iż nieludzko wręcz bolą mnie stopy. A to dlatego, iż spędziłam cały tydzień chodząc, spacerując, biegając, stojąc i generalnie przebywając praktycznie bez przerwy w pozycji obciążającej stopy, kostki i nogi generalnie wręcz niehumanitarnie. Wiąże się to z tygodniowym tourem po Andaluzji, który to sobie wraz z moją lepszą połową zaserwowaliśmy, a raczej który to ja nam zaserwowałam, jako że moja lepsza połowa preferuje wakacje spokojne, ciche i bezbolesne, odległe raczej ideowo od biegania po pięciu miastach, oglądania czego się da i umierania ze zmęczenia każdego wieczoru:) Oczywiście zmęczenie nie było moim planem ni zamiarem, niestety stanowi nieodłączny element wysiłku organizmu przystosowanego jedynie do siedzenia przed komputerem po całych dniach, a nie do robienia kilkunastu kilometrów pieszo dziennie, niejednokrotnie z dziesięciokilowym plecakiem na plecach. Ale mimo wszystko wróciliśmy zadowoleni, szczęśliwi i zachwyceni (przynajmniej ja) pięknem Andaluzji. Nie czas to jednak i miejsce na sprawozdania z wycieczek, które zawsze wydają się być niezwykle interesujące dla piszącego, ale jakoś, dziwnym trafem, często nudzą czytających lub słuchających, gdy stają się przydługie i nudnawe. Dlatego wspomnę tylko o Andaluzyjczykach. To naprawdę przemili ludzie. Pomijając już fakt ich wymowy, która na początku trochę konfunduje, ale da radę się przyzwyczaić, są niezwykle sympatyczni i otwarci. Poznaliśmy kelnera, który nie tylko opowiedział nam całe swoje życie, pokazał zdjęcia dziecka i psa (olewając w między czasie innych klientów), ale nawet postawił nam piwo (i to nie jakieś tam 200 mililitrowe cuś, tylko porządną prawie półlitrową jarrę), które normalnie było nieprzyzwoicie w owym lokalu drogie. Z kolei nasi gospodarze w domu, w którym spędziliśmy 2 noce, obdarowali nas kilogramami ulotek informacyjnych, polecili gdzie jeść, co zobaczyć, gdzie tanio, a gdzie drogo, opowiedzieli historię rodziny do 2 pokoleń wstecz i pokazali najdziwniejsze drzewo, jakie widziałam w życiu, mianowicie pół drzewo pomarańczowe, a pół cytrynowe. Andaluzja jest naprawdę piękna. Tylko noclegi i transporty w Hiszpanii są równie drogie. Choć w sumie nie jest to takie dziwny zważywszy ba jakość dróg i pociągów. Zatracona gdzieś w górach droga, po której przejeżdża coś raz na godzinę jest w lepszym stanie niż polskie tak zwane autostrady i autobusy pokonują 150 km nie w 3,a w 1,5 godziny. Pociągi natomiast osiągają prawie 160 km/h (czym oczywiście się chwalą, gdyż, w każdym wagonie na ekraniku jest wyświetlana aktualna prędkość, chyba że spada ona poniżej 110 km/h, wtedy znika, gdyż to wstyd tak mało! heh). A już za dwa dni wracam znów na ojczyzny łono i może wreszcie siądę na poważnie do mojej magisterki...
PS. stwierdziłam, że Walencja naprawdę powinna popracować nad swoim image. To naprawdę ładne i duże miasto robi bardzo mało, żeby przyciągnąć turystów. W Andaluzji wszystko podawane jest po hiszpańsku i angielsku, zabytki pootwierane, transport do tychże świetnie zorganizowany. Natomiast w Walencji wszelkie wiadomości w muzeach czy w transporcie podawane są bądź po hiszpańsku, bądź po walencku, ewentualnie czasami dodaje się jedno ogólne zdanie po angielsku, dojazd nad morze trwa wieczność, a do ciekawych miejsc obok Walencji, jak np. El Puig, wręcz niemożliwy bez znajomości języka... Szkoda, naprawdę można by to lepiej zorganizować i zapewne turystyka by się trochę ożywiła...
PS. stwierdziłam, że Walencja naprawdę powinna popracować nad swoim image. To naprawdę ładne i duże miasto robi bardzo mało, żeby przyciągnąć turystów. W Andaluzji wszystko podawane jest po hiszpańsku i angielsku, zabytki pootwierane, transport do tychże świetnie zorganizowany. Natomiast w Walencji wszelkie wiadomości w muzeach czy w transporcie podawane są bądź po hiszpańsku, bądź po walencku, ewentualnie czasami dodaje się jedno ogólne zdanie po angielsku, dojazd nad morze trwa wieczność, a do ciekawych miejsc obok Walencji, jak np. El Puig, wręcz niemożliwy bez znajomości języka... Szkoda, naprawdę można by to lepiej zorganizować i zapewne turystyka by się trochę ożywiła...
niedziela, 19 lutego 2012
Hiszpańska rewolucja
Byłam dzisiaj na manifestacji. Hiszpańskiej manifestacji. Hiszpańskiej rewolucyjnej manifestacji. Szczerze powiedziawszy to jakoś nie specjalnie mnie tam ciągnęło. Pytam - no ale przeciw czemu dokładnie ta manifestacja? A no przeciw wszystkiemu, bo się tak źle żyje, bo kryzys. Dopytuję - no dobrze, ale kto to organizuje, jakieś postulaty, hasła, myśli przewodnie? A nie wiadomo, wszyscy idą to trzeba iść. No to jak trzeba to trzeba, nie ma zmiłuj. W końcu, zgodnie ze słowami jednego ze znajomych - muszę wreszcie zobaczyć na własne oczy ową hiszpańską rewolucję. Jakoś tak mi się wydawało, ze jak ludzie idą na jakiś protest, manifestację czy inne cudo, to robią to w jakimś konkretnym celu, żeby się czemuś konkretnemu sprzeciwić, coś zademonstrować. O, jakżem ja naiwna! To przecież Hiszpania. W kilkudziesięciotysięcznym tłumie może jakieś 10% faktycznie wiedziało po co tam jest, niosło jakieś transparenty, flagi, plakaty. A pozostałe 90%? A no stanęło sobie w słoneczku, postało godzinkę z minutami (nie mam pojęcia dlaczego, ale jakoś ludność nie ruszyła planowaną trasą), porozmawiało, spotkało znajomych, pośmiało się, poplotkowało, po czym skierowało się w stronę barów lub pakistańskich sklepów w celach konsumpcyjno-piwnych. I taka to była wielka hiszpańska rewolucja, która mogłaby się podsumować w żartobliwym, ale jednakże jak reprezentatywnym zachowaniu jednego z uczestników. Dialog:
(A) - To co, idziemy na piwo?
(B) - No ale w sumie nawet nie ruszyliśmy z miejsca.
(A) śmiejąc się wygraża pięścią w bliżej nieokreślonym kierunku krzycząc : Skur**syny!, odwraca się do towarzysza i rzecze: - Okej, możemy iść.
:)
(A) - To co, idziemy na piwo?
(B) - No ale w sumie nawet nie ruszyliśmy z miejsca.
(A) śmiejąc się wygraża pięścią w bliżej nieokreślonym kierunku krzycząc : Skur**syny!, odwraca się do towarzysza i rzecze: - Okej, możemy iść.
:)
czwartek, 9 lutego 2012
Trochę narzekania nie zaszkodzi
Jak każda prawdziwa przedstawicielka narodowości polskiej muszę sobie od czasu do czasu ponarzekać. Tak, wiem, że i tak nie mam źle, nie mam -30 stopni, a najmniej 2 (co tutaj dla autochtonów i tak jest zimnem wprost syberyjskim i nie mogą uwierzyć, że w innych częściach Europy może być JESZCZE zimniej), słońce świeci mi zapewne więcej godzin dziennie niż nad ojczyzną, a palmy zapewniają widok milszy niż ogołocone z liści badyle normalnie będące drzewami. No ale jak to tak sobie nie ponarzekać niekiedy. Toż to grzech i obraza boska. Tak więc po pierwsze nie mogę oddychać, gdyż skutecznie uniemożliwia mi to miłujący mój nos miłością dozgonną i szaleńczą katar. W związku z tym każda czynność mnie męczy, więc leżę na kanapie i oglądam kuchenne rewolucje na jutubie. Nawiasem mówiąc nie rozumiem logiki tych restauratorów. Po jaką cholibkę dzwonią po to blondcudo, jeśli potem jedyne czym się zajmują to kłócenie się z nią i stawianie oporu jakimkolwiek próbom zmian. No ale nic. Zgodnie z logiką marnowania czasu mężnie oglądam coś, co uważam za lekko absurdalne. A tak naprawdę to chciałam po raz kolejny wyrazić swój sprzeciw wobec programu nauczania na uczelniach wyższych. Kolejny już raz zaskakuje i wprost zatrważa mnie logika mojego kierunku. A mianowicie zostałam zmuszona do napisania 15stronicowego eseju o czymś, co według wszelkiego prawdopodobieństwa, nigdy mi się w życiu nie przyda (tak, wiem, że można to powiedzieć o 80% materiału omawianego w polskich szkołach). Nasz pan doktor bardzo słusznie i przyjaźnie zamienił egzamin na napisanie owego eseju. I wszystko byłoby fajnie i akuratnie gdyby nie fakt, że miał on dotyczyć historii najnowszej dowolnego kraju romańskiego z wyjątkiem Hiszpanii. Ja rozumiem, że jako przyszli tłumacze powinniśmy takową znać, ale chyba właśnie powinniśmy się skupić głównie na Hiszpanii, bo po cóż mi szczegółowa wiedza o strajkach studencko-robotniczych we Francji? A no po nic. Tak więc w mękach i bólach niemal porodowych wydałam na świat pracę, która, w związku z tym, ze jej tematyka nie interesuje mnie w ogóle, kosztowała mnie najwięcej wysiłku ze wszystkich, które dotąd spłodziłam. Nie mówię, ze tego nie da się zrobić. Jasne, że się da. Przyciśnięty student napisze o wszystkim. Nawet o kondycji ekosystemów leśnych w Burkina Faso. Ale po kie licho? A moja magisterka wciąż nieruszona...
Subskrybuj:
Posty (Atom)