niedziela, 15 kwietnia 2012

Wakacje, wakacje i po zabawie.

Piękna kwietniowa niedziela, słońce, 20 stopni (tak, w Walencji, wiem, że w ojczyźnie tak różowo nie jest), a ja cały dzień leżę lub siedzę jęcząc, iż nieludzko wręcz bolą mnie stopy. A to dlatego, iż spędziłam cały tydzień chodząc, spacerując, biegając, stojąc i generalnie przebywając praktycznie bez przerwy w pozycji obciążającej stopy, kostki i nogi generalnie wręcz niehumanitarnie. Wiąże się to z tygodniowym tourem po Andaluzji, który to sobie wraz z moją lepszą połową zaserwowaliśmy, a raczej który to ja nam zaserwowałam, jako że moja lepsza połowa preferuje wakacje spokojne, ciche i bezbolesne, odległe raczej ideowo od biegania po pięciu miastach, oglądania czego się da i umierania ze zmęczenia każdego wieczoru:) Oczywiście zmęczenie nie było moim planem ni zamiarem, niestety stanowi nieodłączny element wysiłku organizmu przystosowanego jedynie do siedzenia przed komputerem po całych dniach, a nie do robienia kilkunastu kilometrów pieszo dziennie, niejednokrotnie z dziesięciokilowym plecakiem na plecach. Ale mimo wszystko wróciliśmy zadowoleni, szczęśliwi i zachwyceni (przynajmniej ja) pięknem Andaluzji. Nie czas to jednak i miejsce na sprawozdania z wycieczek, które zawsze wydają się być niezwykle interesujące dla piszącego, ale jakoś, dziwnym trafem, często nudzą czytających lub słuchających, gdy stają się przydługie i nudnawe. Dlatego wspomnę tylko o Andaluzyjczykach. To naprawdę przemili ludzie. Pomijając już fakt ich wymowy, która na początku trochę konfunduje, ale da radę się przyzwyczaić, są niezwykle sympatyczni i otwarci. Poznaliśmy kelnera, który nie tylko opowiedział nam całe swoje życie, pokazał zdjęcia dziecka i psa (olewając w między czasie innych klientów), ale nawet postawił nam piwo (i to nie jakieś tam 200 mililitrowe cuś, tylko porządną prawie półlitrową jarrę), które normalnie było nieprzyzwoicie w owym lokalu drogie. Z kolei nasi gospodarze w domu, w którym spędziliśmy 2 noce, obdarowali nas kilogramami ulotek informacyjnych, polecili gdzie jeść, co zobaczyć, gdzie tanio, a gdzie drogo, opowiedzieli historię rodziny do 2 pokoleń wstecz i pokazali najdziwniejsze drzewo, jakie widziałam w życiu, mianowicie pół drzewo pomarańczowe, a pół cytrynowe. Andaluzja jest naprawdę piękna. Tylko noclegi i transporty w Hiszpanii są równie drogie. Choć w sumie nie jest to takie dziwny zważywszy ba jakość dróg i pociągów. Zatracona gdzieś w górach droga, po której przejeżdża coś raz na godzinę jest w lepszym stanie niż polskie tak zwane autostrady i autobusy pokonują 150 km nie w 3,a w 1,5 godziny. Pociągi natomiast osiągają prawie 160 km/h (czym oczywiście się chwalą, gdyż, w każdym wagonie na ekraniku jest wyświetlana aktualna prędkość, chyba że spada ona poniżej 110 km/h, wtedy znika, gdyż to wstyd tak mało! heh). A już za dwa dni wracam znów na ojczyzny łono i może wreszcie siądę na poważnie do mojej magisterki...
PS. stwierdziłam, że Walencja naprawdę powinna popracować nad swoim image. To naprawdę ładne i duże miasto robi bardzo mało, żeby przyciągnąć turystów. W Andaluzji wszystko podawane jest po hiszpańsku i angielsku, zabytki pootwierane, transport do tychże świetnie zorganizowany. Natomiast w Walencji wszelkie wiadomości w muzeach czy w transporcie podawane są bądź po hiszpańsku, bądź po walencku, ewentualnie czasami dodaje się jedno ogólne zdanie po angielsku, dojazd nad morze trwa wieczność, a do ciekawych miejsc obok Walencji, jak np. El Puig, wręcz niemożliwy bez znajomości języka... Szkoda, naprawdę można by to lepiej zorganizować i zapewne turystyka by się trochę ożywiła...