Pośród kwiatów i cieni
piątek, 12 października 2012
Takie tam biadolenie
Nie mam pomysła na konkretnego i ciekawego posta. Ale mam ochotę sobie coś opublikować, więc też to czynię. Zapewne ma na to wpływ pół butelki domowego wina, które właśnie obaliłam, przejrzenie 20 stron kwejka i brak nowego posta na blogu Kasi Tusk, który to regularnie poprawia mi humor swoim niewymuszonym entuzjazmem, prostotą i teoriami jakoby studenci jadali na śniadanie tosty z pleśniowym serem i szynką parmeńską. Swoją drogą jeśli panna premierówna naprawdę w to wierzy to zapewne jest szczęśliwą osobą. I dobrze. Ktoś na tym świecie szczęśliwym być musi. Niechaj to będzie Kasieńka ze swoimi must have i fotkami latte. Ja chwilowo cierpię na jesienną depresję, a raczej chandrę spowodowaną świadomością, że w Walencji jest 30 stopni, a ja chodzę w zimowym płaszczu, nie mam pracy i czeka mnie obrona magisterki, która nie ma ni sensu ni składu. No cóż, owoce mojego rocznego lenistwa dają o sobie znać. Pociesza mnie myśl, że przynajmniej mam gdzie mieszkać do końca roku. No, to sobie powylewałam smuty obudzone winiaczem. Ale w sumie jest dobrze, mieszkanie w centrum kazimierza mnie podnosi na duchu. Życie od razu wydaje się prostsze i ciekawsze. Tylko drink teamu brakuje:)
niedziela, 15 kwietnia 2012
Wakacje, wakacje i po zabawie.
Piękna kwietniowa niedziela, słońce, 20 stopni (tak, w Walencji, wiem, że w ojczyźnie tak różowo nie jest), a ja cały dzień leżę lub siedzę jęcząc, iż nieludzko wręcz bolą mnie stopy. A to dlatego, iż spędziłam cały tydzień chodząc, spacerując, biegając, stojąc i generalnie przebywając praktycznie bez przerwy w pozycji obciążającej stopy, kostki i nogi generalnie wręcz niehumanitarnie. Wiąże się to z tygodniowym tourem po Andaluzji, który to sobie wraz z moją lepszą połową zaserwowaliśmy, a raczej który to ja nam zaserwowałam, jako że moja lepsza połowa preferuje wakacje spokojne, ciche i bezbolesne, odległe raczej ideowo od biegania po pięciu miastach, oglądania czego się da i umierania ze zmęczenia każdego wieczoru:) Oczywiście zmęczenie nie było moim planem ni zamiarem, niestety stanowi nieodłączny element wysiłku organizmu przystosowanego jedynie do siedzenia przed komputerem po całych dniach, a nie do robienia kilkunastu kilometrów pieszo dziennie, niejednokrotnie z dziesięciokilowym plecakiem na plecach. Ale mimo wszystko wróciliśmy zadowoleni, szczęśliwi i zachwyceni (przynajmniej ja) pięknem Andaluzji. Nie czas to jednak i miejsce na sprawozdania z wycieczek, które zawsze wydają się być niezwykle interesujące dla piszącego, ale jakoś, dziwnym trafem, często nudzą czytających lub słuchających, gdy stają się przydługie i nudnawe. Dlatego wspomnę tylko o Andaluzyjczykach. To naprawdę przemili ludzie. Pomijając już fakt ich wymowy, która na początku trochę konfunduje, ale da radę się przyzwyczaić, są niezwykle sympatyczni i otwarci. Poznaliśmy kelnera, który nie tylko opowiedział nam całe swoje życie, pokazał zdjęcia dziecka i psa (olewając w między czasie innych klientów), ale nawet postawił nam piwo (i to nie jakieś tam 200 mililitrowe cuś, tylko porządną prawie półlitrową jarrę), które normalnie było nieprzyzwoicie w owym lokalu drogie. Z kolei nasi gospodarze w domu, w którym spędziliśmy 2 noce, obdarowali nas kilogramami ulotek informacyjnych, polecili gdzie jeść, co zobaczyć, gdzie tanio, a gdzie drogo, opowiedzieli historię rodziny do 2 pokoleń wstecz i pokazali najdziwniejsze drzewo, jakie widziałam w życiu, mianowicie pół drzewo pomarańczowe, a pół cytrynowe. Andaluzja jest naprawdę piękna. Tylko noclegi i transporty w Hiszpanii są równie drogie. Choć w sumie nie jest to takie dziwny zważywszy ba jakość dróg i pociągów. Zatracona gdzieś w górach droga, po której przejeżdża coś raz na godzinę jest w lepszym stanie niż polskie tak zwane autostrady i autobusy pokonują 150 km nie w 3,a w 1,5 godziny. Pociągi natomiast osiągają prawie 160 km/h (czym oczywiście się chwalą, gdyż, w każdym wagonie na ekraniku jest wyświetlana aktualna prędkość, chyba że spada ona poniżej 110 km/h, wtedy znika, gdyż to wstyd tak mało! heh). A już za dwa dni wracam znów na ojczyzny łono i może wreszcie siądę na poważnie do mojej magisterki...
PS. stwierdziłam, że Walencja naprawdę powinna popracować nad swoim image. To naprawdę ładne i duże miasto robi bardzo mało, żeby przyciągnąć turystów. W Andaluzji wszystko podawane jest po hiszpańsku i angielsku, zabytki pootwierane, transport do tychże świetnie zorganizowany. Natomiast w Walencji wszelkie wiadomości w muzeach czy w transporcie podawane są bądź po hiszpańsku, bądź po walencku, ewentualnie czasami dodaje się jedno ogólne zdanie po angielsku, dojazd nad morze trwa wieczność, a do ciekawych miejsc obok Walencji, jak np. El Puig, wręcz niemożliwy bez znajomości języka... Szkoda, naprawdę można by to lepiej zorganizować i zapewne turystyka by się trochę ożywiła...
PS. stwierdziłam, że Walencja naprawdę powinna popracować nad swoim image. To naprawdę ładne i duże miasto robi bardzo mało, żeby przyciągnąć turystów. W Andaluzji wszystko podawane jest po hiszpańsku i angielsku, zabytki pootwierane, transport do tychże świetnie zorganizowany. Natomiast w Walencji wszelkie wiadomości w muzeach czy w transporcie podawane są bądź po hiszpańsku, bądź po walencku, ewentualnie czasami dodaje się jedno ogólne zdanie po angielsku, dojazd nad morze trwa wieczność, a do ciekawych miejsc obok Walencji, jak np. El Puig, wręcz niemożliwy bez znajomości języka... Szkoda, naprawdę można by to lepiej zorganizować i zapewne turystyka by się trochę ożywiła...
niedziela, 19 lutego 2012
Hiszpańska rewolucja
Byłam dzisiaj na manifestacji. Hiszpańskiej manifestacji. Hiszpańskiej rewolucyjnej manifestacji. Szczerze powiedziawszy to jakoś nie specjalnie mnie tam ciągnęło. Pytam - no ale przeciw czemu dokładnie ta manifestacja? A no przeciw wszystkiemu, bo się tak źle żyje, bo kryzys. Dopytuję - no dobrze, ale kto to organizuje, jakieś postulaty, hasła, myśli przewodnie? A nie wiadomo, wszyscy idą to trzeba iść. No to jak trzeba to trzeba, nie ma zmiłuj. W końcu, zgodnie ze słowami jednego ze znajomych - muszę wreszcie zobaczyć na własne oczy ową hiszpańską rewolucję. Jakoś tak mi się wydawało, ze jak ludzie idą na jakiś protest, manifestację czy inne cudo, to robią to w jakimś konkretnym celu, żeby się czemuś konkretnemu sprzeciwić, coś zademonstrować. O, jakżem ja naiwna! To przecież Hiszpania. W kilkudziesięciotysięcznym tłumie może jakieś 10% faktycznie wiedziało po co tam jest, niosło jakieś transparenty, flagi, plakaty. A pozostałe 90%? A no stanęło sobie w słoneczku, postało godzinkę z minutami (nie mam pojęcia dlaczego, ale jakoś ludność nie ruszyła planowaną trasą), porozmawiało, spotkało znajomych, pośmiało się, poplotkowało, po czym skierowało się w stronę barów lub pakistańskich sklepów w celach konsumpcyjno-piwnych. I taka to była wielka hiszpańska rewolucja, która mogłaby się podsumować w żartobliwym, ale jednakże jak reprezentatywnym zachowaniu jednego z uczestników. Dialog:
(A) - To co, idziemy na piwo?
(B) - No ale w sumie nawet nie ruszyliśmy z miejsca.
(A) śmiejąc się wygraża pięścią w bliżej nieokreślonym kierunku krzycząc : Skur**syny!, odwraca się do towarzysza i rzecze: - Okej, możemy iść.
:)
(A) - To co, idziemy na piwo?
(B) - No ale w sumie nawet nie ruszyliśmy z miejsca.
(A) śmiejąc się wygraża pięścią w bliżej nieokreślonym kierunku krzycząc : Skur**syny!, odwraca się do towarzysza i rzecze: - Okej, możemy iść.
:)
czwartek, 9 lutego 2012
Trochę narzekania nie zaszkodzi
Jak każda prawdziwa przedstawicielka narodowości polskiej muszę sobie od czasu do czasu ponarzekać. Tak, wiem, że i tak nie mam źle, nie mam -30 stopni, a najmniej 2 (co tutaj dla autochtonów i tak jest zimnem wprost syberyjskim i nie mogą uwierzyć, że w innych częściach Europy może być JESZCZE zimniej), słońce świeci mi zapewne więcej godzin dziennie niż nad ojczyzną, a palmy zapewniają widok milszy niż ogołocone z liści badyle normalnie będące drzewami. No ale jak to tak sobie nie ponarzekać niekiedy. Toż to grzech i obraza boska. Tak więc po pierwsze nie mogę oddychać, gdyż skutecznie uniemożliwia mi to miłujący mój nos miłością dozgonną i szaleńczą katar. W związku z tym każda czynność mnie męczy, więc leżę na kanapie i oglądam kuchenne rewolucje na jutubie. Nawiasem mówiąc nie rozumiem logiki tych restauratorów. Po jaką cholibkę dzwonią po to blondcudo, jeśli potem jedyne czym się zajmują to kłócenie się z nią i stawianie oporu jakimkolwiek próbom zmian. No ale nic. Zgodnie z logiką marnowania czasu mężnie oglądam coś, co uważam za lekko absurdalne. A tak naprawdę to chciałam po raz kolejny wyrazić swój sprzeciw wobec programu nauczania na uczelniach wyższych. Kolejny już raz zaskakuje i wprost zatrważa mnie logika mojego kierunku. A mianowicie zostałam zmuszona do napisania 15stronicowego eseju o czymś, co według wszelkiego prawdopodobieństwa, nigdy mi się w życiu nie przyda (tak, wiem, że można to powiedzieć o 80% materiału omawianego w polskich szkołach). Nasz pan doktor bardzo słusznie i przyjaźnie zamienił egzamin na napisanie owego eseju. I wszystko byłoby fajnie i akuratnie gdyby nie fakt, że miał on dotyczyć historii najnowszej dowolnego kraju romańskiego z wyjątkiem Hiszpanii. Ja rozumiem, że jako przyszli tłumacze powinniśmy takową znać, ale chyba właśnie powinniśmy się skupić głównie na Hiszpanii, bo po cóż mi szczegółowa wiedza o strajkach studencko-robotniczych we Francji? A no po nic. Tak więc w mękach i bólach niemal porodowych wydałam na świat pracę, która, w związku z tym, ze jej tematyka nie interesuje mnie w ogóle, kosztowała mnie najwięcej wysiłku ze wszystkich, które dotąd spłodziłam. Nie mówię, ze tego nie da się zrobić. Jasne, że się da. Przyciśnięty student napisze o wszystkim. Nawet o kondycji ekosystemów leśnych w Burkina Faso. Ale po kie licho? A moja magisterka wciąż nieruszona...
wtorek, 20 grudnia 2011
Wielki com back
Tak, jak zwykle ze wszystkim co w życiu wymaga jako takiej regularności, moje blogowe wypociny zatrzymały się gdzieś w okolicach października. Nie powinno to dziwić nikogo, kto zna mnie choć trochę dłużej niż tydzień. Mimo, iż zazwyczaj potrafię się zmobilizować i tworzyć prace, zadania, eseje i inne niezbędne dla mojej przyszłości twory naukowowikipediowe, to do regularnego pisania niniejszego bloga jakoś się wziąć nie umiem. A powinnam. Podobno to pomaga w wyładowywaniu emocji, wywnętrzaniu uczuć, zabijaniu złych myśli i innych tego typu frojdowsko-psychologocznych hasłach. No może i tak jest. I może właśnie dlatego, że nie pisze regularnie bloga, jestem jaka jestem. Nie mi to oceniać.
Co się działo prze ten jednak dość długi okres czasu? Byłam w przepięknym, przeklimatycznym, przeromantycznym Paryżu, w którym (jakże to kiczowate i nieoryginalne) się zakochałam doszczętnie i całkowicie. Następnie spędziłam kolejny miesiąc w słonecznej Walencji, w której to w połowie grudnia dochodzi do 20 stopni i wiesza się lampki choinkowe na palmach i drzewkach pomarańczowych. W tak zwanym międzyczasie zmarnowałam kilka drogocennych godzin mego żywota na granie w simsy i HOMM6 (na te ostatnie mam niechlubny zamiar zmarnować jeszcze kilkadziesiąt godzin), nie ruszyłam nawet paznokciem małego palca u lewej ręki mojej szurnej pracy magisterskiej i nauczyłam się jak jest po rosyjsku kątomierz. A obecnie, po półrocznej nieobecności, przebywam w mojej kochanej Polsce, a dokładnie w mojej wsi, zajadając się polską kiełbasą i pijąc polskie piwo. Nigdy nie czułam się taka patriotką jak teraz. Chociaż ludzie biorą mnie za Hiszpankę, gdy rozmawiam z nimi na ulicy po hiszpańsku. Z przyzwyczajenia. Moim namber łan jest koleś, który wyraził cichą nadzieję, że nie zrozumiałam jego siarczystego "zajebiście". Wyprowadziłam go z błędu. I to było miłe. Lubię Polskę. Naprawdę. Za jej kiełbasy i szynki. Za jej piwo i wódkę. (choć brzmi to studencko-alkoholicznie to naprawdę, polska wódka jest dobra). Za jej zupy i przyprawy. Za zimę. Za jej rodzinne choinkowe Święta. Za ludzi narzekających. Ciesze się z powrotu i tak się zastanawiam czy byłabym w stanie opuścić moją matczyznę na zawsze. Hmm, mogłoby być to trudne.
Co się działo prze ten jednak dość długi okres czasu? Byłam w przepięknym, przeklimatycznym, przeromantycznym Paryżu, w którym (jakże to kiczowate i nieoryginalne) się zakochałam doszczętnie i całkowicie. Następnie spędziłam kolejny miesiąc w słonecznej Walencji, w której to w połowie grudnia dochodzi do 20 stopni i wiesza się lampki choinkowe na palmach i drzewkach pomarańczowych. W tak zwanym międzyczasie zmarnowałam kilka drogocennych godzin mego żywota na granie w simsy i HOMM6 (na te ostatnie mam niechlubny zamiar zmarnować jeszcze kilkadziesiąt godzin), nie ruszyłam nawet paznokciem małego palca u lewej ręki mojej szurnej pracy magisterskiej i nauczyłam się jak jest po rosyjsku kątomierz. A obecnie, po półrocznej nieobecności, przebywam w mojej kochanej Polsce, a dokładnie w mojej wsi, zajadając się polską kiełbasą i pijąc polskie piwo. Nigdy nie czułam się taka patriotką jak teraz. Chociaż ludzie biorą mnie za Hiszpankę, gdy rozmawiam z nimi na ulicy po hiszpańsku. Z przyzwyczajenia. Moim namber łan jest koleś, który wyraził cichą nadzieję, że nie zrozumiałam jego siarczystego "zajebiście". Wyprowadziłam go z błędu. I to było miłe. Lubię Polskę. Naprawdę. Za jej kiełbasy i szynki. Za jej piwo i wódkę. (choć brzmi to studencko-alkoholicznie to naprawdę, polska wódka jest dobra). Za jej zupy i przyprawy. Za zimę. Za jej rodzinne choinkowe Święta. Za ludzi narzekających. Ciesze się z powrotu i tak się zastanawiam czy byłabym w stanie opuścić moją matczyznę na zawsze. Hmm, mogłoby być to trudne.
poniedziałek, 10 października 2011
Je ne comprends pas
Oto i ostatnia notka przed wydarzeniem wiekopomnym - najeździe Czajki na kraj winem i żabami płynący. Tak, oto nadchodzi dzień, w którym stopa ma po raz pierwszy dotknie francuskiej, a nawet paryskiej ziemi, a biedni Francuzi, do tej pory spokojnie popijający sobie swoje château de jabol, zostaną zmuszeni do konwersacji ze mną w jakże doskonałym i profesjonalnym frenczu. Jednakowoż stan moich kompetencji lingwistycznych nie jest aż tak tragiczny, jak mogłoby się wydawać. Posiadam podstawowy asortyment słownictwa - nie rozumiem, nie wiem, wino, piwo, jestem głodna. No, i mogę jechać podbijać świat. Świadomość jakże bliskiego wyjazdu do jednego, jak mi się wydaje, z ładniejszych miast Europy, napawa mnie pozytywnym myśleniem i energią. Nawet, w przypływie optymizmu, napisałam 4 wypracowania na zajęcia z hiszpańskiego i nauczyłam się wreszcie rosyjskiego alfabetu. I już się tak nie wkurzam tym totalnym, zniewalającym z nóg bajzlem jaki panuje na tutejszej uczelni. Ani tym, że zostałam zmuszona do zmiany grupy i teraz mam nadgorliwego profesorka, który nie ma prywatnego życia i uwielbia sprawdzać stosy zadań domowych,a co gorsza, jest przekonany, że my również owego życia nie posiadamy, więc nie wyobraża sobie jakby nas mogło zabraknąć na zajęciach o 8 rano... Ani nawet tym, że uniwersytecki system informatyczny wyraźnie mnie nie lubi i co rusz wymyśla nowe sposoby na utrudnienie mi funkcjonowania i dokształcania się. Nie, jestem nastawiona pozytywnie i optymistycznie. Paryżu, przybywam!
wtorek, 27 września 2011
Piwo czy cerveza oto jest pytanie
Fajnie jest teraz w Hiszpanii. Największe upały poszły precz i teraz z temperaturą oscylującą w granicach 25 stopni, rześkim powietrzem, które pozwala już oddychać i przepięknym światłem, którego nie spotkałam nigdzie poza Walencją, całkiem przyjemnie się tu egzystuje. To był bardzo aktywny weekend, zwłaszcza dla mojej wątroby. W związku z nawiedzeniem mnie przez Malacza vel Marcina (który bardzo dzielnie stara się posługiwać hiszpańskim, w związku z czym uaktywnia się w jego mózgu dawno zapomniana zakładka "français", myślę, że nasza licealna nauczycielka francuskiego byłaby z niego dumna. a już na pewno nie spodziewałaby się, że cokolwiek z jej lekcji zapamiętaliśmy, a tu proszę,taki psikus), ostatnimi 4 nocami żaden bar się przed nami nie ukryć nie mógł. Tak więc promocje typu 3 quintos za 1 euro, jarra za 1 euro czy tercio plus tapa za 1,70 euro mam już obcykane w małym palcu u lewej nogi.
Tutaj przydałby się krótki kurs hiszpańskich miar piwnych, które są niejako zabawne dla Polaków, jakże przyzwyczajonych, że normalne piwo to piwo tylko i wyłącznie półlitrowe. Zresztą nie tylko zabawne. Warto przygotować się zawczasu na szok, który gotuje nam pójście do baru w kraju Cervantesa. Ja tak szok przeżyłam. Do dziś się z niego podnoszę.
W Hiszpanii, gdy poprosimy po prostu o piwo, nikt, o zgrozo, nie zrozumie, że chcemy, jak Bozia przykazał, piwo w kufelku. Dostaniemy takie malutkie cuś, czego w pierwszej chwili możemy w ogóle na ladze nie zauważyć. Lub też mimochodem wypić myśląc, że to jakiś gratis od klubu za opóźnienie w nalewaniu piwa właściwego. Niestety nie. To nasze piwo. 0,2 litra. Tak. Wiem. Boli.
No nic, kiedy już pogodzimy się z niesprawiedliwością, która nas spotkała, bierzemy naszą caliteleczkę i udajemy się do stolika. I tu kolejna niespodzianka - zanim dojdziemy już piwo wypiliśmy! No to wracamy do baru. Niestety, taki proceder może się powtórzyć kilka razy...
Hiszpanie twierdzą, iż te maciupeńkie buteleczki umożliwiają latem dłuższe utrzymanie niskiej temperatury tego piwopodobnego napoju, który tu sprzedają (dobra, przyznaję, Alhambra czarna jest bardzo dobra, ale inne piwa, hmm, do najpyśniejszejszych niestety nie należą). Mnie jednak to nie przekonuje. Co więcej te małe piwka są cholernie zdradliwe. Pije się jedno za drugim nie zdając sobie sprawy z ilości wlanych w siebie, bądź co bądź alkoholowych, płynów. Co może czasem zaowocować niemożnością udania się od stolika w stronę baru celem kupienia kolejnego. Jednak, jak zauważyła koleżanka, jest pewna duża zaleta. Można zaszpanować i bez problemu powiedzieć znajomym z Polski - wypiłam wczoraj 7 piw i czułam się całkiem spoko:)
No, ale wracając do miar samych - quinto to 1/5 litra czyli 200 ml w buteleczce, tercio 1/3 litra, czyli nasze małe piwo w butelce, caña to 1/5 litra, ale w szklance, a doble to w teorii 400 ml, ale najczęściej 1/3 litra w szklance również. Czasem, w odstępach hiszpańskich uliczek i knajp odnajdzie się jarra czyli nasze normalne, półlitrowe piwo, ale jest to niestety gatunek zagrożony wyginięciem i chyba, z tego co mi wiadomo, nieobjęty niestety ochroną, ani wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO....
Tak, moja dygresja jakoś niebezpiecznie się rozrosła, tak więc zakończę moje piwne wywody w tym miejscu. Pod moim oknem rozlega się obecnie tradycyjna walencka muzyka. Ciekawe, czy to mój ulubiony uliczny muzyk chodzący z ogromnym keyboardem, czy jakiś hiszpański macho bawi się w zimny łokieć. Tak. hiszpańskie zimne łokcie wcale nie muszą słuchać umcy umcy. Słuchają wszystkiego, od muzyki folkowej, poprzez Shakirę po ciężki metal :)
Na koniec jedno z nielicznych półlitrowych piw, które miałam okazję spożyć w tym pięknym kraju:
Tutaj przydałby się krótki kurs hiszpańskich miar piwnych, które są niejako zabawne dla Polaków, jakże przyzwyczajonych, że normalne piwo to piwo tylko i wyłącznie półlitrowe. Zresztą nie tylko zabawne. Warto przygotować się zawczasu na szok, który gotuje nam pójście do baru w kraju Cervantesa. Ja tak szok przeżyłam. Do dziś się z niego podnoszę.
W Hiszpanii, gdy poprosimy po prostu o piwo, nikt, o zgrozo, nie zrozumie, że chcemy, jak Bozia przykazał, piwo w kufelku. Dostaniemy takie malutkie cuś, czego w pierwszej chwili możemy w ogóle na ladze nie zauważyć. Lub też mimochodem wypić myśląc, że to jakiś gratis od klubu za opóźnienie w nalewaniu piwa właściwego. Niestety nie. To nasze piwo. 0,2 litra. Tak. Wiem. Boli.
No nic, kiedy już pogodzimy się z niesprawiedliwością, która nas spotkała, bierzemy naszą caliteleczkę i udajemy się do stolika. I tu kolejna niespodzianka - zanim dojdziemy już piwo wypiliśmy! No to wracamy do baru. Niestety, taki proceder może się powtórzyć kilka razy...
Hiszpanie twierdzą, iż te maciupeńkie buteleczki umożliwiają latem dłuższe utrzymanie niskiej temperatury tego piwopodobnego napoju, który tu sprzedają (dobra, przyznaję, Alhambra czarna jest bardzo dobra, ale inne piwa, hmm, do najpyśniejszejszych niestety nie należą). Mnie jednak to nie przekonuje. Co więcej te małe piwka są cholernie zdradliwe. Pije się jedno za drugim nie zdając sobie sprawy z ilości wlanych w siebie, bądź co bądź alkoholowych, płynów. Co może czasem zaowocować niemożnością udania się od stolika w stronę baru celem kupienia kolejnego. Jednak, jak zauważyła koleżanka, jest pewna duża zaleta. Można zaszpanować i bez problemu powiedzieć znajomym z Polski - wypiłam wczoraj 7 piw i czułam się całkiem spoko:)
No, ale wracając do miar samych - quinto to 1/5 litra czyli 200 ml w buteleczce, tercio 1/3 litra, czyli nasze małe piwo w butelce, caña to 1/5 litra, ale w szklance, a doble to w teorii 400 ml, ale najczęściej 1/3 litra w szklance również. Czasem, w odstępach hiszpańskich uliczek i knajp odnajdzie się jarra czyli nasze normalne, półlitrowe piwo, ale jest to niestety gatunek zagrożony wyginięciem i chyba, z tego co mi wiadomo, nieobjęty niestety ochroną, ani wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO....
Tak, moja dygresja jakoś niebezpiecznie się rozrosła, tak więc zakończę moje piwne wywody w tym miejscu. Pod moim oknem rozlega się obecnie tradycyjna walencka muzyka. Ciekawe, czy to mój ulubiony uliczny muzyk chodzący z ogromnym keyboardem, czy jakiś hiszpański macho bawi się w zimny łokieć. Tak. hiszpańskie zimne łokcie wcale nie muszą słuchać umcy umcy. Słuchają wszystkiego, od muzyki folkowej, poprzez Shakirę po ciężki metal :)
Na koniec jedno z nielicznych półlitrowych piw, które miałam okazję spożyć w tym pięknym kraju:
Subskrybuj:
Posty (Atom)
