Oto i ostatnia notka przed wydarzeniem wiekopomnym - najeździe Czajki na kraj winem i żabami płynący. Tak, oto nadchodzi dzień, w którym stopa ma po raz pierwszy dotknie francuskiej, a nawet paryskiej ziemi, a biedni Francuzi, do tej pory spokojnie popijający sobie swoje château de jabol, zostaną zmuszeni do konwersacji ze mną w jakże doskonałym i profesjonalnym frenczu. Jednakowoż stan moich kompetencji lingwistycznych nie jest aż tak tragiczny, jak mogłoby się wydawać. Posiadam podstawowy asortyment słownictwa - nie rozumiem, nie wiem, wino, piwo, jestem głodna. No, i mogę jechać podbijać świat. Świadomość jakże bliskiego wyjazdu do jednego, jak mi się wydaje, z ładniejszych miast Europy, napawa mnie pozytywnym myśleniem i energią. Nawet, w przypływie optymizmu, napisałam 4 wypracowania na zajęcia z hiszpańskiego i nauczyłam się wreszcie rosyjskiego alfabetu. I już się tak nie wkurzam tym totalnym, zniewalającym z nóg bajzlem jaki panuje na tutejszej uczelni. Ani tym, że zostałam zmuszona do zmiany grupy i teraz mam nadgorliwego profesorka, który nie ma prywatnego życia i uwielbia sprawdzać stosy zadań domowych,a co gorsza, jest przekonany, że my również owego życia nie posiadamy, więc nie wyobraża sobie jakby nas mogło zabraknąć na zajęciach o 8 rano... Ani nawet tym, że uniwersytecki system informatyczny wyraźnie mnie nie lubi i co rusz wymyśla nowe sposoby na utrudnienie mi funkcjonowania i dokształcania się. Nie, jestem nastawiona pozytywnie i optymistycznie. Paryżu, przybywam!
Barbaro, jako że nigdy w życiu nie udało Ci się zdać egzaminu w pierwszym terminie, suponuję iż także obecnie Twoja niewiedza w dziedzinie francuskiego jest równie wielka jak liczba warunków, które musiałaś brać na UJ!
OdpowiedzUsuń