poniedziałek, 12 września 2011
Posjestowe bredzenie
Tak, po kilku (2? 3?, już sama się gubię) latach przerwy niniejszym powracam do pisania bloga. Znając moją zatrważającą wręcz regularność, od razu należy zaznaczyć, że "pisanie" to trochę zbyt wiele powiedziane, tak więc powracam do napisania od czasu do czasu jakiejś jakże interesującej i zwalającej z nóg notki. Jak wskazuje tytuł owych wypocin, dopiero co zwlekłam się z obowiązkowej siesty, a to pozwala słusznie domniemywać, iż obecnie ciałem i duszą przebywam w kraju ciemnookich Latynosów, krwawej corridy i pakistańskich imigrantów nielegalnie handlujących napojem pochodzenia chmielowego o raczej niskiej zawartości alkoholu, czyli, jednym słowem, w Hiszpanii. A co ja tu takiego robię? W sumie najodpowiedniejszą odpowiedzią na to pytanie byłoby owo uniwersalne słowo "nic", gdyż jako Erasmus za wiele robić nie zamierzam;) Choć prawdą jest, że ostatnimi czasy robię nawet dość trochę, gdyż zrywam się bladym świtem o 7.45, następnie aplikuję sobie dawkę kofeiny w postaci jakże ukochanej przeze mnie kawy, po czym rześka i pełna optymistycznych chęci udaję się na intensywny kurs języka walenckiego vel katalońskiego, czyli, dla niewtajemniczonych, drugiego języka urzędowego Comunidad Valenciana. Kurs katalońskiego jest bardzo sympatyczny, nauczyłam się na nim np., że istnieje coś takiego jak ryby żabnicowate, które to podobno nawet w Walencji się spożywa. Dzisiaj natomiast, w ramach zapewnianych przez kurs licznych atrakcji miejscowych, zwiedziłam najstarszy budynek Uniwersytetu w Walencji i dowiedziałam się, że został założony on w 1499 roku, a więc nasz Kraków wygrywa;) Ale tak właściwie, to wzięłam się za pisanie tej notki, gdyż poczułam potrzebę wyładowania swego żalu, gdyż uświadomiłam sobie, że już za 2 dni kończą mi się wakacje i zaczyna rok akademicki. Co prawda zawsze to lepiej spędzać rok akademicki w Walencji z palmami za oknem, niż po kolana w śniegu (choć z ręką na sercu przyznać muszę, iż tęskno mi za moim kochanym Krakowem), ale koniec wakacji zawsze nastraja mnie melancholijnie;) W każdym razie, kocham w Hiszpanii siestę. jak to milo spać 2 godziny po południu bez żadnego zdziwienia czy pretensji ze strony postronnych...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Łał, uczysz się tak intensywnie kataluńskiego! Ja się natomiast zastanawiam, co pocznę, gdy przyjdę na zajęcia z włoskiego u Bartkowiak i Przepióry, gdzie jak podejrzewam zaczniemy od poziomu B2, a moje umiejętności ograniczają się teraz do odmieniania czasownika essere! (oczom moim ukazał się bowiem już harmonogram, nielekkie zdziwko tak nawiasem mówiąc, bo jeszcze wszak jakieś 10 dni do rozpoczęcia - myślałam, że ujawnią go jak zwykle na ostatnią chwilę).
OdpowiedzUsuńA faktycznie, Ty masz italiano:D Spoko, dasz radę, jak nie będziesz wiedzieć o co chodzi to krzykniesz "Uno scherzo"! :D
OdpowiedzUsuń